
Im się robię starsza, tym częściej zbiera mi się na wspominki. Może wiek, może nuda, może wrodzony sentymentalizm a może przyjemność zanurzenia się w czasach bezproblemowych. Tak bardzo chcemy dorosnąć, będąc dziećmi. A po latach mamy ochotę wsiąść w wehikuł czasu, znaleźć swoje dziecięce ja, porządnie nim potrząsnąć i powiedzieć: Dzieciaku! Ogarnij pałę! Bądź dzieckiem jak najdłużej.
Mój brat robił kebaby w szkole. Odwracano uwagę delikwenta na lekcji, następnie podkradano mu plecak, wyjmowano wszystko, przewracano go na lewą stronę, pakowano na powrót rzeczy i podkładano pod ławkę. I to był właśnie kebs. Rekord to pięć razy tej samej osobie na jednej lekcji. Ofiarą był Olek z Kurzej Fermy. U mnie robiło się kebaby z owalnych piórników.
Pamiętam też okres karteczek. Papierowe notesiki, w późniejszym okresie wkłady do segregatorów z różnymi grafikami. Mieliśmy ich całe albumy i skoroszyty. Weronika z zerówki zawsze pytała: „Po-po-po-wymieniamy się ka-ka-karteczkami?”. Najlepsza kumpela z mojego okresu sześciolatka. Urocza blondyneczka, delikatnie jąkająca się, zawsze była uśmiechnięta. Nie mam pojęcia co się dziś z nią dzieje.
Już w podstawówce był szał na kapsle. Chyba tazosy na to mówiliśmy. Pamięć płata figle. Jednak jestem pewna, że te większe, które służyły do zbijania ułożonego z kapsli stosu, nazywały się zaperami. Uzbierałam dość pokaźną kolekcję i cieszyłam się nią do dnia, kiedy w duchu hazardu przegrałam na szkolnym korytarzu wszystko. Łącznie z ostatnim ulubionym zaperem skonstruowanym z kilku posklejanych cienkich. Od tego czasu nie stawiam all-in.
Jakież emocje były związane z kolei z okresem w grę karcianą Flirt towarzyski. Karty z całej talii miały zamiast symboli na jednej stronie ileś zdań i pytań. Ponumerowanych w kolejności. Np. Chcesz się ze mną umówić?, Lubię Cię, Chciałbym iść z Tobą do kina, Zdziwisz się, Zaryzykuj!, Czy nie za szybko?. Grając w grupie podawało się wybranej osobie kartę i mówiło numer. Można było w ten sposób zadać pytanie nie wypowiadając go na głos. I oczywiście czekało się na satysfakcjonującą odpowiedź, również w formie karty. Taki czat z gotowymi frazami do użycia. Bawiliśmy się w to w autobusach, jeżdżąc na szkolne wycieczki. Moje, wtedy jeszcze niewinne, serduszko biło szybciej z każdą kartą otrzymaną od klasowej sympatii.
Biegaliśmy za piłką, graliśmy w gry plenerowe, organizowaliśmy podchody i nie myśleliśmy o tym co nas czeka za dwadzieścia lat. Każdy marzył, ale te marzenia były dziecięco nierealne. Wspinaliśmy się na drzewa, które były wieżami warownymi, uciekaliśmy przed wymyślonymi wrogami z patykami zatkniętymi za paski, objeżdżaliśmy całe osiedle gangiem rowerowym, kolorowym korowodem BMX-ów. Jedliśmy brudnymi rękoma hot-dogi z pobliskiej stacji benzynowej i zaklejaliśmy dziury w kolanach papką z babki lancetowatej. Beztroska. Dziś. Bo przecież ówczesne problemy urastały do rangi światowych konfliktów zbrojnych.
Mając „dorosłe” problemy, można czasem sobie przypomnieć o tym, jak bardzo chcieliśmy się zestarzeć. Oraz o tym, że świat dziecka może być piękny. Wszystko zależy od nas, starszaków, które świadomie lub mniej, stanowią wzór dla tych małych stworzeń. A zakazy wszystkiego skutkują okaleczeniem samodzielności. I choć trud i znój, warto od czasu do czasu obudzić w sobie dzieciaka.
