Tu jest chwytliwy tytuł – o homonto i sebolach.

miys4py

Szwedzkie dzieci tańczą dookoła penisa! Ich rodzice tylko się przyglądają! – Taki właśnie powinien być tytuł ostatniego Skaniedziałku. Jeśli przegapiłeś – nie zwlekaj – to może Ci zaszkodzić! Doceniam sztukę tytułowania, ale takie nagłówki mnie odrzucają. Serio. Zawsze kiedy widzę pulsujący napis myślę, że o ile to nie reklama jakiegoś produktu na porost włosów pod pachami albo likwidację hemoroidów, to po prostu trzeba nabić licznik tekstowi, który inaczej nie ma szans się obronić, niczym Gołota w walce z Tysonem, który decyduje się na zdjęcie spodenek i wypięcie zada, licząc, że w ten sposób podwyższy punktację. I wcale nie twierdzę, że moje pisanie jest lepsze, twierdzę jedynie, że mam tyle wrodzonej godności i arystokratycznej dumy, że nie rzucam tytułami z poczytnych brukowców. Tych na F. i S. Nieważne! To wszystko jest nieważne! Wszyscy kiedyś umrzemy! A tymczasem, dopóki śmierć z tępą kosą nie stoi na progu, zapraszam na niestandardowy Skaniedziałek, pełen moich osobliwych wynurzeń i niepowiązanych uniesień na tle szwedzkiej rzeczywistości.

Czytaj dalej „Tu jest chwytliwy tytuł – o homonto i sebolach.”

Reklamy

Bagaż zwany kompasem

Wciąż tkwi mi w głowie i mimo że nie jest to arcydzieło literatury, w sposób tak bardzo realistyczny opisuje pewne prawidłowości, które, chcemy czy nie, rządzą naszym życiem. Minął prawie rok odkąd przeczytałam tę, pierwotnie mającą być lekką lekturą, powieść. I nadal myślę o tym jak wiele racji autor miał w tych kilku prostych zdaniach. Zatrzymywałam się nad nimi a razem ze mną zatrzymywał się czas. Sekundy przechodziły w minuty, wiatr mącił jezioro a ja zapatrzona w ruch Słońca nad horyzontem myślałam. Myślałam nad tym, że ta właśnie życiowa i pozornie nieskomplikowana książka mówi o tym, co nas spotyka każdego dnia, a czego nie uświadamiamy sobie do końca pędząc pociągiem, który nazywamy życiem.

„Dobre wychowanie” – tytuł, który był zwodniczy i nie zachęcał. Sięgając po tę pozycję wyobrażałam sobie, że przeczytam o panienkach z dobrego domu uwięzionych gdzieś pomiędzy początkiem a połową XX wieku. I miałam rację, ale to nie historia wysuwa się tu na pierwszy plan. Jest tylko środkiem uzmysławiającym uniwersalność tego co przydarza się wielu.

Chcąc spłaszczyć fabułę napisałabym, że mamy do czynienia z wielomiesięczną relacją z życia towarzyskiego pewnej damy. I tak spotykamy główną bohaterkę, jej przyjaciółkę i mężczyznę, który wywołuje u obu przyspieszone bicie serca. Następnie wybiera jedną z nich, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności nie jest to ta właściwa. Wypadek samochodowy i poczucie winy zmuszają go do działań, których się oczekuje od zamożnego młodego dżentelmena. Główna bohaterka szuka alternatywy w kilka lat młodszym towarzystwie i tam też znajduje chwilowego partnera. Grupa ludzi bawi się i cieszy życiem, jak to zazwyczaj w tym wieku, mają wrażenie, że świat tylko na nich czeka i zapraszająco otwiera ramiona. Kate, główna bohaterka, lawiruje między wydarzeniami ostatecznie kończy krótki romans z rozrywkowym gronem. Nie podejmuje też dłuższej relacji z owym mężczyzną a jej znajomość z przyjaciółką staje się dość oschła. Czytając takie streszczenie można wysnuć wniosek: nic wielkiego, ot powieść jakich pełno. Owszem, jednak  jest kilka „ale”.

Zdarzenia, które składają się na fabułę są tłem relacji między ludźmi i procesów w nich zachodzących. Jak prosto i nieskomplikowanie opisane jest znalezienie się w pewnym towarzystwie, radość i pewna pasja towarzysząca poznawaniu nowych osób, tworzona na potrzeby chwili zażyłość a następnie poluzowanie łączących grupę więzów. Obrazuje to między innymi ten fragment:

„Czy o starych znajomych należy zapomnieć i nigdy już o nich nie myśleć?

Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że życie ma taki zamiar. Przecież w zasadzie przypomina wirówkę, która co kilka lat się obraca, rozrzucając najbliższe osoby w najróżniejszych kierunkach. A kiedy wirowanie ustaje, jeszcze zanim zdążymy złapać oddech, życie zasypuje nad kalendarzem nowych trosk. Nawet gdybyśmy chcieli wrócić po własnych śladach i odzyskać dawnych znajomych, jak mielibyśmy na to znaleźć czas?” (Dobre wychowanie, Amor Towles)

Jakże prawdziwe podsumowanie. Spoglądając na własny życiorys widzę tych wszystkich ludzi, którzy pojawiali się w odpowiednich momentach, z którymi przeżywa się fantastyczną zabawę, by potem pozwolić im odejść w różny sposób. Spoglądając na własny życiorys widzę te twarze, sytuacje i relacje, które przysporzyły tyle radości i zabawy a po czasie delikatnie rozpłynęły się niczym mgła rozpraszana przez pierwsze słoneczne promienie. Czyż nie spotyka to każdego z nas? Niezliczone znajomości wspominane z rozrzewnieniem, przywołują uśmiech na twarzy. Te których koniec nastąpił wskutek właśnie wirówki życia, rozejścia się dróg, bo przecież taka jest kolej rzeczy.

Dodatkowym atutem powieści jest postać Tinkera, wspomnianego młodego dżentelmena, który podejmuje decyzję zrobienia, według wielu pewnie, kroku wstecz. Jednakże ten krok jest dla niego czymś w rodzaju trampoliny ku uwolnieniu siebie. Wreszcie może odetchnąć i spojrzeć tak jak na wspomnianym w książce zdjęciu w galerii, odważnie i przed siebie. Życie bywa przewrotne, ale żyjąc w zgodzie z samym sobą jest na nie gotów.

Zabieg, który czyni z powieści retrospekcję pozwala spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Zdarzenia niepozorne często mają wpływ na podejmowane decyzje. Co za tym idzie, również na koleje życia i to się z nami będzie działo. Te wszystkie działania, rozwiane znajomości niosą ze sobą naukę i sprawiają, że stajemy się tym kim jesteśmy.

To nie jest opowiadanie dla panienek, uważny czytelnik odnajdzie tam to czego sam doświadcza, spostrzeżenia, których nie potrafi nazwać a kłębią się w jego umyśle. Znajdzie też pocieszenie. Autor opowiada poklepując po ramieniu. Mówi: „To nic, tak jest, każdy z nas to przeżywa.” Warto się pochylić na tą pozycją, nie dla umartwiania się i wspominek lecz dla siebie samych. Po to by uświadomić sobie, że idziemy w kierunku, którego celu być może jeszcze nie znamy, jednak kiedyś stanie się on dla nas widoczny. To co nas spotka po drodze pozwala na wzbogacenie siebie jako człowieka. Czas, relacje, ludzie, którzy przemijają… nie powinno to być obciążeniem a doświadczeniem. Korzystając z tego jak z lunety, w końcu dojrzymy to ku czemu podążamy.

Dobrze, że jesteś

Friends will be friends,
When you’re in need of love, they give you care and attention,
Friends will be friends,
When you’re through with life and all hope is lost,
Hold out your hand cos friends will be friends right till the end…

Słuchając przeboju Queen stają mi przed oczyma twarze i sytuacje. Jak to jest, że kogoś można nazwać przyjacielem, co się na to składa, co to warunkuje? Czym charakteryzuje się dobry powiernik, czy powinien posiadać specyficzne cechy, które poznając mówimy „Tak, to jest materiał na przyjaciela!”? Miłość kieruje naszym życiem, wielu poświęca temu, żeby ją znaleźć swój cały czas jaki mają na ziemskim padole, przecież jest tak ważna. W takim razie czy potrzebujemy jeszcze przyjaciół?

Palimy jointa w pogodny dzień nad stawem, po czym zaśmiewamy się do rozpuku, widząc w chmurach czterech gości siedzących przy stole karcianym i grających w pokera, to pewnie efekt wspólnego uzależnienia od remika. Tańczymy na tarasie domu letniskowego w blasku Słońca dziko wyginając się do przeboju Boba Sinclaira. Spacerujemy z psami, już jest ciemno, codzienny rytuał, a mój pies nagle znika i znajdujemy ją pod drzwiami kamienicy, w której mieszkam. Śpiewamy przy akompaniamencie gitary szanty, mając przed sobą płonące i tryskające iskrami ognisko, patrzymy na siebie i uśmiech pojawia się na twarzach. Wchodzę do ulubionej knajpy na Starym Mieście, wiem, że są lepsze, ładniejsze, mniej obskurne, ale tu właśnie mijając próg macham na powitanie i słyszę toczącą się dyskusję, do której dołączam kiedy tylko barman wsuwa mi w dłoń oszroniony kufel piwa z sokiem malinowym. Wzdycham, bo ktoś tu nie umie przegrywać w Monopoly, mamy naście lat, więc jeszcze młodzieńczym buntem piekli się, że „tak transakcji nie można zawierać”. Gramy w piłkarzyki zażarcie walcząc miedzy sobą, przybijamy piątki i rozmawiamy mimochodem o tych małych i dużych rzeczach nas dotyczących. Patrzymy na idącą w kierunku ołtarza parę i wszyscy uśmiechamy się do własnych myśli, kiedy pan młody kiwa głową w naszą stronę, czego potem nie pamięta. Siedzimy nad kamienistym brzegiem, słyszę świst zarzucanej wędki, sama pogrążając się w lekturze. Wspólnie płaczemy podając sobie wzajemnie chusteczki podczas oglądania we dwójkę telewizyjnego show. Historie dotyczą różnych osób i czasów, mogłabym wymieniać jeszcze sporo, żeby zanudzić i siebie i wszystkich, ale łączy je jedno, to właśnie sytuacje, które widzę nucąc utwór Queen.

Takie chwile warunkują relację, stawiają ją w odpowiednim świetle. Najistotniejsze w nich są te momenty, w których zwierzasz się drugiej osobie ze swoich lęków, wcale nie oczekując rady, jedynie dzieląc się tym co masz na wątrobie, a i tak te rady otrzymujesz. Rozmowy ciche i te burzliwe, spokojne i te z płaczem w tle, na kanapie i na trawie, oko w oko i przez telefon. Nie twierdzę, że wszyscy których widzę nucąc Friends will be friends są ze mną do dziś i na codzień. Życie rozrzuca nas w różne strony i czasem decyduje za nas. Jednak samo wspomnienie takich chwil, warte jest tego by usiąść i spróbować zapamiętać. Zapamiętać, że bywa źle, wszystko się wali, ale wtedy wystarczy spojrzeć w oczy przyjaciela, usłyszeć jego głos, przeczytać wiadomość, żeby upewnić się, że będzie dobrze.

Pokusiłabym się o zestawienie cech, które musi posiadać przyjaciel, jednak nie jestem w stanie takowego zrobić. Oczywiste jest, że często przymioty osoby bliskiej doprowadzają nas na skraj szaleństwa. Jednakże są to wady, które akceptujemy. Przecież nie one dominują prawdziwą relację. Przychodzi mi do głowy jedna myśl, nie musimy być dla kogoś jedyną i najważniejszą osobą, żeby móc nazywać go przyjacielem. Odwrotnie to działa w ten sam sposób. Co robić? Po prostu być. Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że przyjaciele to druga rodzina, taka którą sami sobie tworzymy. Czy takie rodziny są trwalsze niż te połączone więzami krwi? Nie wartościowałabym tego w ten sposób. Choć czasem nie przetrwają próby czasu, na pewno powstają z naszego wyboru i nie zawsze wychodzą dobrze na zdjęciach.

Nie zgodzę się również z tezą, że jeśli chcesz stracić przyjaciela, powinieneś z nim zamieszkać. Bzdura. Jasnym jest, że wspólne życie w jednym mieszkaniu czy nawet pokoju, wystawia dorosłych ludzi na próbę. Jeśli jednak jesteśmy szczerzy w naszej relacji przed taką próbą, w trakcie jak i później, nie ma siły, która zniweczy budowane przywiązanie. Zdarza się, że dane osoby po prostu nie powinny razem mieszkać, jednak taka konkluzja w trakcie szczerej rozmowy wcale nie prowadzi do rozluźnienia więzów.

Czy jednak przyjaźń Ci wszystko wybaczy, jak miłość z piosenki Hanki Ordonówny? Nie byłam na ślubie i weselu przyjaciółki. Jestem człowiekiem, nie raz zdarzyło mi się nawalić z własnej winy, również z przyczyn kompletnie niezależnych. Popełniłam masę błędów, różnych. Każdy je popełnia, bo to całkowicie ludzkie. Mnie też nie raz zawiedziono. Jednak co robią przyjaciele? Wybaczają. Czy wszystko? Czego nie bylibyśmy w stanie znieść? Mając świadomość, że jest ktoś na kogo możemy liczyć, zarówno w tych wspaniałych jak i tych najgorszych momentach, jesteśmy bogaci. Obrzydliwie bogaci, bo czy da się to zmierzyć jakąkolwiek miarą?

Jestem teraz daleko. Nie widuję się ze swoimi przyjaciółmi na żywo. Aczkolwiek spotykając się z dawno niewidzianym przyjacielem, nie czuje skrępowania. Taka relacja ma ogromną zaletę, można podjąć rozmowę, jakby się ją skończyło dopiero dzień wcześniej. Dialog, który bezproblemowo prowadzony balansuje między codziennością a obawami, wydarzeniami błahymi a tymi odciskającymi fatalne piętno jest wspaniałym świadectwem swobody w dyskusji z bratnią duszą.

W serialach, filmach, książkach przyjaźń jest łatwiejsza, lepiej wygląda. Ale przecież nie zewnętrzna prezentacja i to jak inni odbierają naszą znajomość świadczy o niej samej. Osobiście mogę podziękować. Dziękuję, że miałam możliwość poznania fantastycznych ludzi, przeżycia wspólnie części mojego wcale niedługiego życia, mogłam polegać na innych, śmiać się i płakać z nimi. Starzejemy się, ludzie kroczą różnymi ścieżkami, czasem oddalają się od siebie. Warto jednak pamiętać, że przyjaźń nie czeka na każdym rogu, więc trzeba ją doceniać. Nie pozwólmy, żeby znalazła się wśród tych pojęć, które traktujemy jako coś zwykłego, stałego, co musi być, codzienność. Polega na braniu, ale przede wszystkim na dawaniu. Nie zapominajmy o tym.