Obejrzałam KLER – chyba jestem jakaś pojebana

eucharist-body-of-christ-church-mass-161081.jpeg

Seans skończył się pół godziny temu. Ludzie powstawali z siedzeń z wesołym szumem, chichrali się do siebie, potrącali przewrócone wcześniej kubły z popcornem i zaczęli taranować się nawzajem przy wyjściu. A śmiechu było co nie miara, jak jeden z drugim zaczęli żartować. Kobieta do gościa w rzędzie przede mną:
„A ten popcorn zostawiamy tu?”
„Zostaw, wszyscy zostawiają.”

Ja chyba jestem jakaś pojebana, bo się nie śmiałam widocznie tam, gdzie trzeba było.  Nie śmiałam się w ogóle. Wystarczy poprzeklinać i potaplać się w błocie, żeby zmusić publikę do rżenia jak wesołe kucyki? Dramat staje się komedią. Czytaj dalej „Obejrzałam KLER – chyba jestem jakaś pojebana”

Był sobie stuletni Szwed

Powracam do cyklu „Skaniedziałek”, czyli poniedziałkowych wpisów krążących dookoła tematyki Skandynawii. Dziś na tapecie książka Jonasa Jonassona Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął. 

2

W historii książki i filmu jest kilka takich postaci, dookoła których kręci się świat. Najbardziej znanym szerszej publiczności jest chyba Forest Gump. A z naszego rodzimego podwórka – Franek Dolas. Panowie, choćby nie chcieli, zawsze znajdują się w centrum wydarzeń a wszystko jakby wiruje w przestrzeni wokół nich, by zaraz powrócić z jeszcze bardziej zwariowanym zbiegiem okoliczności. I jest również Alan Karlsson. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął.  Oraz który, jak się okazuje, był zawsze tam, gdzie działo się coś ciekawego i dziwnym trafem miał na te wydarzenia wpływ. Czytaj dalej „Był sobie stuletni Szwed”

Gabinet Osobliwości z drugiej ręki

Kończę czytać i siedzę z niezdecydowanym wyrazem twarzy. Czasem trafiam na książkę, która wzbudza zarówno fascynację jak i obrzydzenie. Utwór wciągający czytelnika w odmęty nieprzeniknionych warstw a jednocześnie sprawiający, że chce się od niej uciec, by powrócić. Zdziwienie, to właśnie towarzyszyło mi kiedy zamknęłam „Second hand”. Zdziwienie i delikatne rozczarowanie. Jednak spodobała mi się jej niespotykana nieokreśloność tak bardzo, że w ciągu kolejnych dni wracałam do niej myślami i zaczynałam rozumieć, dlaczego autorka zaserwowała takie zakończenie, deser, który wcale nie był słodki. Zostawił posmak goryczy i czegoś kwaśnego, co powoduje wykrzywienie twarzy w grymasie przy każdym jego wspomnieniu. Mimo to będący finałem komponującym się z całością tak, że nie sposób wyobrazić sobie innego.

W tej książce spotykamy całą gamę barwnych postacia każda z nich z drugiej ręki. Małomiasteczkowy klimat tak często wykorzystywany nigdy nie straci walorów, jeśli jest dobrze przedstawiony czytelnikowi. Przyprawą jest duch PRL’u, którzy krąży po stronnicach powieści, dodatkowy smaczek dla polskiego odbiorcy. Lubimy te ciemne, mroczne charaktery wyłaniające się z codzienności egzystencji niewielkich społeczności. Zachowania, które ujawniają postaci, stają się dzięki temu bardziej wyraziste. Zaglądając przez okienko do takiego miejsca podglądamy i szpiegujemy poznając bohaterów.

Atutem jest tu również warstwa oniryczna, wyobrażenia bohaterów, wspomnienia, lęki i ich pokrętne wymysły, obecne tylko w głowach, a przeplatające się z realiami bardzo płynnie. Dość ciekawe doświadczenie, tym bardziej jeśli czytelnik uświadomi sobie, że to jest prawdziwe. Te dziwne, a nawet chore, myśli stanowią przecież coś nieodłącznego każdego umysłu. Kiedy byłam dużo młodsza i chodziłam do kościoła, zastanawiałam się co by się stało, gdyby ktoś nagle w czasie mszy skoczył z galerii. Takie właśnie pokręcone refleksje nie ujawniane przez nas w świetle dziennym, mają przecież miejsce w naszych głowach każdego dnia.

Prowadzi to też do pomysłów: a co by było gdyby. Gdyby Marlena opanowała dziewczęcą chuć, gdyby Maria nie wyjechała, gdyby nie powstał motel, gdyby Jovanka nie zostawiła przyjaciółki, gdyby nie umarło tyle osób. Złożoność reakcji stawia przed pieczołowicie utkaną siecią wydarzeń od siebie zależnych. Siecią przypominającą witraż, z tą różnicą, że jedno szkiełko jest zależne od drugiego.

Surrealistyczne koncepcje i mocno zarysowane charaktery to główne przymioty, dla których warto sięgnąć po tę pozycję. Ponadto zagłębiając się w tym kuriozalnym światku dajemy upust ciekawości. Niespotykane sytuacje znajdują swój wyczekiwany finał, a historie pozwalają poznać ich dziki początek. Czytam i chcę wiedzieć, koniecznie i niezaprzeczalnie, dlaczego, jak i po co. Pisarka przedstawia Gabinet Osobliwości własnego autorstwa z tak niewytłumaczalnie cudacznymi eksponatami, że aż otwiera się oczy ze zdumienia.

Jeśli miałabym opisać jednym słowem całość, użyłabym słowa: dziwność: dziwne osoby, dziwne zachowania, dziwne przemyślenia i dziwne zakończenie. Autorka nie narzuca się z metaforami, pozwala je dowolnie odczytać. Nie jest natrętna grafomanią. Książka inna, niezwykła a jednocześnie przaśna. Pozwala na dowolna interpretację, daje wolną rękę w analizie, nie narzuca. Spowodowała, że zaczęłam się zastanawiać nad tym czy wszyscy jesteśmy z drugiej ręki.

Tekst dotyczy książki „Second Hand” Joanny Fabickiej.