Gabinet Osobliwości z drugiej ręki

Kończę czytać i siedzę z niezdecydowanym wyrazem twarzy. Czasem trafiam na książkę, która wzbudza zarówno fascynację jak i obrzydzenie. Utwór wciągający czytelnika w odmęty nieprzeniknionych warstw a jednocześnie sprawiający, że chce się od niej uciec, by powrócić. Zdziwienie, to właśnie towarzyszyło mi kiedy zamknęłam „Second hand”. Zdziwienie i delikatne rozczarowanie. Jednak spodobała mi się jej niespotykana nieokreśloność tak bardzo, że w ciągu kolejnych dni wracałam do niej myślami i zaczynałam rozumieć, dlaczego autorka zaserwowała takie zakończenie, deser, który wcale nie był słodki. Zostawił posmak goryczy i czegoś kwaśnego, co powoduje wykrzywienie twarzy w grymasie przy każdym jego wspomnieniu. Mimo to będący finałem komponującym się z całością tak, że nie sposób wyobrazić sobie innego.

W tej książce spotykamy całą gamę barwnych postacia każda z nich z drugiej ręki. Małomiasteczkowy klimat tak często wykorzystywany nigdy nie straci walorów, jeśli jest dobrze przedstawiony czytelnikowi. Przyprawą jest duch PRL’u, którzy krąży po stronnicach powieści, dodatkowy smaczek dla polskiego odbiorcy. Lubimy te ciemne, mroczne charaktery wyłaniające się z codzienności egzystencji niewielkich społeczności. Zachowania, które ujawniają postaci, stają się dzięki temu bardziej wyraziste. Zaglądając przez okienko do takiego miejsca podglądamy i szpiegujemy poznając bohaterów.

Atutem jest tu również warstwa oniryczna, wyobrażenia bohaterów, wspomnienia, lęki i ich pokrętne wymysły, obecne tylko w głowach, a przeplatające się z realiami bardzo płynnie. Dość ciekawe doświadczenie, tym bardziej jeśli czytelnik uświadomi sobie, że to jest prawdziwe. Te dziwne, a nawet chore, myśli stanowią przecież coś nieodłącznego każdego umysłu. Kiedy byłam dużo młodsza i chodziłam do kościoła, zastanawiałam się co by się stało, gdyby ktoś nagle w czasie mszy skoczył z galerii. Takie właśnie pokręcone refleksje nie ujawniane przez nas w świetle dziennym, mają przecież miejsce w naszych głowach każdego dnia.

Prowadzi to też do pomysłów: a co by było gdyby. Gdyby Marlena opanowała dziewczęcą chuć, gdyby Maria nie wyjechała, gdyby nie powstał motel, gdyby Jovanka nie zostawiła przyjaciółki, gdyby nie umarło tyle osób. Złożoność reakcji stawia przed pieczołowicie utkaną siecią wydarzeń od siebie zależnych. Siecią przypominającą witraż, z tą różnicą, że jedno szkiełko jest zależne od drugiego.

Surrealistyczne koncepcje i mocno zarysowane charaktery to główne przymioty, dla których warto sięgnąć po tę pozycję. Ponadto zagłębiając się w tym kuriozalnym światku dajemy upust ciekawości. Niespotykane sytuacje znajdują swój wyczekiwany finał, a historie pozwalają poznać ich dziki początek. Czytam i chcę wiedzieć, koniecznie i niezaprzeczalnie, dlaczego, jak i po co. Pisarka przedstawia Gabinet Osobliwości własnego autorstwa z tak niewytłumaczalnie cudacznymi eksponatami, że aż otwiera się oczy ze zdumienia.

Jeśli miałabym opisać jednym słowem całość, użyłabym słowa: dziwność: dziwne osoby, dziwne zachowania, dziwne przemyślenia i dziwne zakończenie. Autorka nie narzuca się z metaforami, pozwala je dowolnie odczytać. Nie jest natrętna grafomanią. Książka inna, niezwykła a jednocześnie przaśna. Pozwala na dowolna interpretację, daje wolną rękę w analizie, nie narzuca. Spowodowała, że zaczęłam się zastanawiać nad tym czy wszyscy jesteśmy z drugiej ręki.

Tekst dotyczy książki „Second Hand” Joanny Fabickiej.

Reklamy

Bagaż zwany kompasem

Wciąż tkwi mi w głowie i mimo że nie jest to arcydzieło literatury, w sposób tak bardzo realistyczny opisuje pewne prawidłowości, które, chcemy czy nie, rządzą naszym życiem. Minął prawie rok odkąd przeczytałam tę, pierwotnie mającą być lekką lekturą, powieść. I nadal myślę o tym jak wiele racji autor miał w tych kilku prostych zdaniach. Zatrzymywałam się nad nimi a razem ze mną zatrzymywał się czas. Sekundy przechodziły w minuty, wiatr mącił jezioro a ja zapatrzona w ruch Słońca nad horyzontem myślałam. Myślałam nad tym, że ta właśnie życiowa i pozornie nieskomplikowana książka mówi o tym, co nas spotyka każdego dnia, a czego nie uświadamiamy sobie do końca pędząc pociągiem, który nazywamy życiem.

„Dobre wychowanie” – tytuł, który był zwodniczy i nie zachęcał. Sięgając po tę pozycję wyobrażałam sobie, że przeczytam o panienkach z dobrego domu uwięzionych gdzieś pomiędzy początkiem a połową XX wieku. I miałam rację, ale to nie historia wysuwa się tu na pierwszy plan. Jest tylko środkiem uzmysławiającym uniwersalność tego co przydarza się wielu.

Chcąc spłaszczyć fabułę napisałabym, że mamy do czynienia z wielomiesięczną relacją z życia towarzyskiego pewnej damy. I tak spotykamy główną bohaterkę, jej przyjaciółkę i mężczyznę, który wywołuje u obu przyspieszone bicie serca. Następnie wybiera jedną z nich, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności nie jest to ta właściwa. Wypadek samochodowy i poczucie winy zmuszają go do działań, których się oczekuje od zamożnego młodego dżentelmena. Główna bohaterka szuka alternatywy w kilka lat młodszym towarzystwie i tam też znajduje chwilowego partnera. Grupa ludzi bawi się i cieszy życiem, jak to zazwyczaj w tym wieku, mają wrażenie, że świat tylko na nich czeka i zapraszająco otwiera ramiona. Kate, główna bohaterka, lawiruje między wydarzeniami ostatecznie kończy krótki romans z rozrywkowym gronem. Nie podejmuje też dłuższej relacji z owym mężczyzną a jej znajomość z przyjaciółką staje się dość oschła. Czytając takie streszczenie można wysnuć wniosek: nic wielkiego, ot powieść jakich pełno. Owszem, jednak  jest kilka „ale”.

Zdarzenia, które składają się na fabułę są tłem relacji między ludźmi i procesów w nich zachodzących. Jak prosto i nieskomplikowanie opisane jest znalezienie się w pewnym towarzystwie, radość i pewna pasja towarzysząca poznawaniu nowych osób, tworzona na potrzeby chwili zażyłość a następnie poluzowanie łączących grupę więzów. Obrazuje to między innymi ten fragment:

„Czy o starych znajomych należy zapomnieć i nigdy już o nich nie myśleć?

Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że życie ma taki zamiar. Przecież w zasadzie przypomina wirówkę, która co kilka lat się obraca, rozrzucając najbliższe osoby w najróżniejszych kierunkach. A kiedy wirowanie ustaje, jeszcze zanim zdążymy złapać oddech, życie zasypuje nad kalendarzem nowych trosk. Nawet gdybyśmy chcieli wrócić po własnych śladach i odzyskać dawnych znajomych, jak mielibyśmy na to znaleźć czas?” (Dobre wychowanie, Amor Towles)

Jakże prawdziwe podsumowanie. Spoglądając na własny życiorys widzę tych wszystkich ludzi, którzy pojawiali się w odpowiednich momentach, z którymi przeżywa się fantastyczną zabawę, by potem pozwolić im odejść w różny sposób. Spoglądając na własny życiorys widzę te twarze, sytuacje i relacje, które przysporzyły tyle radości i zabawy a po czasie delikatnie rozpłynęły się niczym mgła rozpraszana przez pierwsze słoneczne promienie. Czyż nie spotyka to każdego z nas? Niezliczone znajomości wspominane z rozrzewnieniem, przywołują uśmiech na twarzy. Te których koniec nastąpił wskutek właśnie wirówki życia, rozejścia się dróg, bo przecież taka jest kolej rzeczy.

Dodatkowym atutem powieści jest postać Tinkera, wspomnianego młodego dżentelmena, który podejmuje decyzję zrobienia, według wielu pewnie, kroku wstecz. Jednakże ten krok jest dla niego czymś w rodzaju trampoliny ku uwolnieniu siebie. Wreszcie może odetchnąć i spojrzeć tak jak na wspomnianym w książce zdjęciu w galerii, odważnie i przed siebie. Życie bywa przewrotne, ale żyjąc w zgodzie z samym sobą jest na nie gotów.

Zabieg, który czyni z powieści retrospekcję pozwala spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Zdarzenia niepozorne często mają wpływ na podejmowane decyzje. Co za tym idzie, również na koleje życia i to się z nami będzie działo. Te wszystkie działania, rozwiane znajomości niosą ze sobą naukę i sprawiają, że stajemy się tym kim jesteśmy.

To nie jest opowiadanie dla panienek, uważny czytelnik odnajdzie tam to czego sam doświadcza, spostrzeżenia, których nie potrafi nazwać a kłębią się w jego umyśle. Znajdzie też pocieszenie. Autor opowiada poklepując po ramieniu. Mówi: „To nic, tak jest, każdy z nas to przeżywa.” Warto się pochylić na tą pozycją, nie dla umartwiania się i wspominek lecz dla siebie samych. Po to by uświadomić sobie, że idziemy w kierunku, którego celu być może jeszcze nie znamy, jednak kiedyś stanie się on dla nas widoczny. To co nas spotka po drodze pozwala na wzbogacenie siebie jako człowieka. Czas, relacje, ludzie, którzy przemijają… nie powinno to być obciążeniem a doświadczeniem. Korzystając z tego jak z lunety, w końcu dojrzymy to ku czemu podążamy.