Bo Ty się boisz… ćmy

lalaMając ok 7 lat usłyszałam, jak moja kuzynka przeklina rozmawiając z kolegą. Powiedziała, cytuję: „Za chuj bym na niego nie wsiadła” (on to motocykl). Dziewcze to było bodajże 5 lat starsze ode mnie. I ja, w moim małym przepełnionym wtedy jeszcze dobrocią, troskliwo-misiowym serduszku, doznałam szoku i wzburzyłam się  na jej słownictwo. Tak, wiedziałam co to znaczy, ale poprzysięgłam sobie (poważnie!), że nigdy nie będę przeklinać i tak mówić. Życie zweryfikowało. Przeklinam. Cieszę się, że nie dotrzymałam tej obietnicy, bo czasem jedno małe przekleństwo wyraża więcej niż tysiąc słów. O tym jednak innym razem. Ta sytuacja pozwoliła mi się zastanowić nad tym, jak często łamiemy dawane sobie obietnice. I z tego myślenia wyłoniła się kolejna konkluzja, otóż czego możemy się bać.

Pierwsze co mi przychodzi na myśl, kiedy myślę o tym, czego się bałam w życiu, to ćmy. Paniczne łzy przerażenia… Wracam pewnego pięknego popołudnia do domu, zastanawiając się czy kupiłam serki topione. Mieli wpaść znajomi, do piwa idealne są nachosy z serowym sosem, więc miałam nadzieję, że nabiał jest w lodówce. Otwieram drzwi, Czterołapy wciska się w szparę, bo przecież musi wejść pierwszy. Zadowolona odpinam mu smycz, zdejmuję szelki, rozpakowuję zakupy i nagle… bach wszystko na ziemię, zamieram w bezruchu, pies też, patrząc na mnie. Mija kilka sekund, zaczyna węszyć i wesoło podrygiwać, a ja z wzrokiem utkwionym w ścianie tuż przy drzwiach wejściowych zmierzam do szafki. Wyciągam wielkie pudełko plastikowe i powoli przezwyciężając krzyk pełznę ku wejściu. Wydawało mi się, że moje ręce nagle zmalały i mają po dziesięć centymetrów, nie mogłam dosięgnąć ściany. Wreszcie rzucam się z pudełkiem a owad w środku zaczyna trzepotać skrzydłami i uderzać w ścianki naczynia. Pudło przezroczyste, ja automatycznie dostaję spazmów i zaczynam krzyczeć, pies wyje a lodówka ogłasza donośnym bzyczeniem, że zaczyna mrozić, za nic mając moje wołanie o pomoc. Po pewnym czasie, już nie drąc się wniebogłosy, zaczynam oddychać częściej i powtarzam sobie: to tylko ćma, wielka, szara, przebrzydła, nadnaturalnych rozmiarów, ale nadal ćma. Czterołapy nadal nerwowo biega dookoła moich nóg, nie bardzo wiedząc co jest grane i dlaczego tak spazmowałam. Jedną dłonią przytrzymuję pudło, drugą próbuję sięgnąć do telefonu leżącego nieopodal na wyspie kuchennej. To mieszkanie w wieżowcu z płyty, więc wszystko jest małe i blisko siebie. Dosięgam z wytchnieniem ulgi. Do kogo zadzwonić? Ojciec. „Nie mogę przyjechać, jestem na spotkaniu, będę dopiero wieczorem, musisz sobie jakoś poradzić”. Panika. Myślę gorączkowo, o której mieli przyjść znajomi, zerkam na zegar, jeszcze kilka godzin, no ale może… I do tego właśnie są potrzebni mężczyźni w domu, szlag by trafił Cie trafił A, powinnaś sobie chłopa znaleźć. Dzwonię do Długowłosej, ona mnie zrozumie, mnie i mój paniczny lęk, bo sama taki ma. Zaczynając rozmowę od urywanych słów praktycznie beczę. Zdaję sobie sprawę, że cała się trzęsę. Uspokaja mnie cichym głosem, mówię, że pierwszy miał przyjść Brodacz, ona na to, żebym zadzwoniła do niego, może będzie wcześniej. Dzwonię zaryczana nadal dygocząc, zaczynam mieć dreszcze. Brodacz mówi, że chyba oszalałam, jeszcze nie wyszedł z domu, będzie, jak mówiłam Długowłosej, za kilka godzin. To co ja mam zrobić? Zamknij ją jakoś, kiedy przyjdę, pozbędę się potwora. Dobra! Pik pik. Ocieram łzy, z trudem powstrzymuję drgawki. Zamknij ją, jasne, tylko jak… Zaczynam zsuwać pudełko powoli ku podłodze, trzymając je szczelnie przy ścianie. Ćma znów zaczyna szamotać się w środku, ja zaczynam się drzeć, a Czterołapy wyć. I tak aż do parkietu. Zastawiam pudełko przy ścianie butem, biegnę do szafki po pokrywkę. Najgorsza część akcji, jak wsunąć pokrywę, owad na ścianie tylko czeka aż zrobi się szpara. Kolejny atak spazmów, krzyków, wycia i trzepotania obrzydliwymi włochatymi skrzydłami. Pudełko jest wreszcie szczelnie zamknięte, spada na ziemię, wykopuję je niczym Lewandowski, przez całą długość pokoju aż pod kaloryfer. Pies za nim, ja na ziemie, siadam i beczę. Pies wraca, ja siedzę i beczę, już bezpieczna, potwór pod oknem, czeka na kata. Wieczorem brodacz, w trakcie spotkania, wypuszcza (!!!) to okropieństwo na zewnątrz (Co Ty robisz, przecież ona tu wróci i mnie dopadnie!) i historia z ćmą staje się lękową anegdotą opowiadaną jeszcze kilka razy. Ta jakże ciekawa sytuacja miała tylko zobrazować, jak paniczny i brzemienny w skutkach był mój lęk. Był. Bo po pewnym czasie, opowiadając po raz kolejny innym ludziom tę samą sytuację, zdałam sobie sprawę z tego, jak jest głupia. Jak można tak się bać ćmy? Wróciłam do domu i postanowiłam (naprawdę), że przestanę się lękać. Aaaach, żeby było śmieszniej, Brodacz powiedział mi podczas ćmowego wieczoru, że to można leczyć i powinnam, skoro jest to tak zaawansowany lęk. W każdym razie, postanowione, od jutra nie boję się ciem.

Nie było łatwo, początki celebrowałam w samotności. Zaczynałam od kapciowania ciem z odległości dwóch metrów. Potem z bliska. Wreszcie nastąpił moment, kiedy ćmę zaczepioną na zasłonce strąciłam ręką. Zwycięstwo! Kilka tygodni później, siedzieliśmy i piliśmy piwo a do pokoju wleciała, jakżeby inaczej, ćma. Poruszenie „zabijcię ją, bo A się boi!”… „Już się nie boję.” Jak to? Ano tak to. Koniec bajki. Morał z niej taki, że jeśli czegoś się boimy, możemy przestać. To zależy tylko od nas.

Kolejnym lękiem jaki pamiętam, było przeświadczenie, że kiedy umrę, nikt oprócz rodziny i przyjaciół nie będzie o mnie pamiętał i szybko zapomną, że żyła sobie taka A. Gdyż A nie planuje dzieci, więc ilość osób mogących ją wspominać, kiedy już kopnie w kalendarz, drastycznie maleje. Przerażające było to, że zniknę, przepadnę i nic po mnie nie zostanie. Tego lęku też się pozbyłam po latach, zrozumiawszy że jesteśmy tu i teraz, niewielu zostawia spuściznę dla wielu. A ja się nie nazywam Tesla.

I po tym przydługim rozwinięciu, dochodzę wreszcie do meritum. Do najgorszego. Zawsze bałam tego, że stanę się kimś kim nigdy nie chciałam być, osobą, do której sama bym czuła wstręt i odrazę a jednocześnie wstyd przed samą sobą. Złote dziecko, takie zdolne, takie mądre, takie grzeczne ale i też takie pyskate. Przez lata otaczana własnym blaskiem i spojrzeniami pełnymi pochwał należącymi do rodziny, nauczycieli, rodziców kolegów, obcych osób, jurorów. Kwitłam z tezą, że mogę osiągnąć co tylko będę chciała. Czas mijał a ja tkwiłam w przekonaniu, że jeszcze mam czas, na pewno to co zrobię w przyszłości, będzie niesamowite. I kiedy nadeszła pora własnych wyborów, już będąc starszą, okazało się, że potrafię spierdolić na całej linii. Podejmowane błędne decyzje zaczęły się zacieśniać wokół i tworzyć niebezpieczny wir, który mnie wciągał coraz silniej. I tak stało się jasne, że złote dziecko wcale nie było złote, zaszło rdzą. Jednak nadal wmawiałam sobie, że nadejdzie odpowiednia pora, odbiję to sobie. Taaaaak, byłam mistrzem w szukaniu wymówek. Wyniki wszystkiego co robiłam przyniosły nieoczekiwana konkluzję. Stałam się tym kim nie chciałam być. I spełnił się mój najgorszy lęk.

Wspominałam już o tym, jestem ciocią dobrą, potrafię podsumować sytuację i znaleźć najlepsze rozwiązanie, ale był czas, gdy własne ścieżki wytyczały mi kolejne złe decyzje. Pojawia się pytanie, czy dziś, wiedząc co mnie spotkało, podjęłabym inne kroki? Nie jestem pewna, bo gdybym odebrała sobie tamte wydarzenia to czy byłabym tym kim jestem dziś? Wiem jednak, że dzięki doświadczeniu nabrałam rozumu i tego czego mi brakowało przez lata,  mianowicie pokory. Powtarzam to do znudzenia i powiem raz jeszcze. Wszyscy jesteśmy podobni, każdy wyjątkowy na swój sposób, ale jednak tacy sami. Ktoś mógłby powiedzieć, że pokora to biała flaga. Ludzie, którzy ją wywieszają, nic nie osiągają, trwają w życiowej stagnacji. Jednak co warunkuje to, że coś jest „osiągnięciem”? Ja powiem, że już mi to nie przeszkadza i lubię te życiową ciszę. Czasem po prostu okazuje się, że nasz cel nie jest dla innych czymś doniosłym, ale nadal pozostaje naszym celem. A lęki można przezwyciężyć, wystarczy trochę odwagi, bo one zawsze będą nam towarzyszyć. Kto się niczego nie boi, jest wariatem. Oswojone lęki nie przeszkadzają, poniekąd też pomagają wytyczać ścieżki. Niektóre oświetlone pochodniami drogi są pełne ciem, od nas zależy czy zdecydujemy się nimi iść.

Bagaż zwany kompasem

Wciąż tkwi mi w głowie i mimo że nie jest to arcydzieło literatury, w sposób tak bardzo realistyczny opisuje pewne prawidłowości, które, chcemy czy nie, rządzą naszym życiem. Minął prawie rok odkąd przeczytałam tę, pierwotnie mającą być lekką lekturą, powieść. I nadal myślę o tym jak wiele racji autor miał w tych kilku prostych zdaniach. Zatrzymywałam się nad nimi a razem ze mną zatrzymywał się czas. Sekundy przechodziły w minuty, wiatr mącił jezioro a ja zapatrzona w ruch Słońca nad horyzontem myślałam. Myślałam nad tym, że ta właśnie życiowa i pozornie nieskomplikowana książka mówi o tym, co nas spotyka każdego dnia, a czego nie uświadamiamy sobie do końca pędząc pociągiem, który nazywamy życiem.

„Dobre wychowanie” – tytuł, który był zwodniczy i nie zachęcał. Sięgając po tę pozycję wyobrażałam sobie, że przeczytam o panienkach z dobrego domu uwięzionych gdzieś pomiędzy początkiem a połową XX wieku. I miałam rację, ale to nie historia wysuwa się tu na pierwszy plan. Jest tylko środkiem uzmysławiającym uniwersalność tego co przydarza się wielu.

Chcąc spłaszczyć fabułę napisałabym, że mamy do czynienia z wielomiesięczną relacją z życia towarzyskiego pewnej damy. I tak spotykamy główną bohaterkę, jej przyjaciółkę i mężczyznę, który wywołuje u obu przyspieszone bicie serca. Następnie wybiera jedną z nich, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności nie jest to ta właściwa. Wypadek samochodowy i poczucie winy zmuszają go do działań, których się oczekuje od zamożnego młodego dżentelmena. Główna bohaterka szuka alternatywy w kilka lat młodszym towarzystwie i tam też znajduje chwilowego partnera. Grupa ludzi bawi się i cieszy życiem, jak to zazwyczaj w tym wieku, mają wrażenie, że świat tylko na nich czeka i zapraszająco otwiera ramiona. Kate, główna bohaterka, lawiruje między wydarzeniami ostatecznie kończy krótki romans z rozrywkowym gronem. Nie podejmuje też dłuższej relacji z owym mężczyzną a jej znajomość z przyjaciółką staje się dość oschła. Czytając takie streszczenie można wysnuć wniosek: nic wielkiego, ot powieść jakich pełno. Owszem, jednak  jest kilka „ale”.

Zdarzenia, które składają się na fabułę są tłem relacji między ludźmi i procesów w nich zachodzących. Jak prosto i nieskomplikowanie opisane jest znalezienie się w pewnym towarzystwie, radość i pewna pasja towarzysząca poznawaniu nowych osób, tworzona na potrzeby chwili zażyłość a następnie poluzowanie łączących grupę więzów. Obrazuje to między innymi ten fragment:

„Czy o starych znajomych należy zapomnieć i nigdy już o nich nie myśleć?

Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że życie ma taki zamiar. Przecież w zasadzie przypomina wirówkę, która co kilka lat się obraca, rozrzucając najbliższe osoby w najróżniejszych kierunkach. A kiedy wirowanie ustaje, jeszcze zanim zdążymy złapać oddech, życie zasypuje nad kalendarzem nowych trosk. Nawet gdybyśmy chcieli wrócić po własnych śladach i odzyskać dawnych znajomych, jak mielibyśmy na to znaleźć czas?” (Dobre wychowanie, Amor Towles)

Jakże prawdziwe podsumowanie. Spoglądając na własny życiorys widzę tych wszystkich ludzi, którzy pojawiali się w odpowiednich momentach, z którymi przeżywa się fantastyczną zabawę, by potem pozwolić im odejść w różny sposób. Spoglądając na własny życiorys widzę te twarze, sytuacje i relacje, które przysporzyły tyle radości i zabawy a po czasie delikatnie rozpłynęły się niczym mgła rozpraszana przez pierwsze słoneczne promienie. Czyż nie spotyka to każdego z nas? Niezliczone znajomości wspominane z rozrzewnieniem, przywołują uśmiech na twarzy. Te których koniec nastąpił wskutek właśnie wirówki życia, rozejścia się dróg, bo przecież taka jest kolej rzeczy.

Dodatkowym atutem powieści jest postać Tinkera, wspomnianego młodego dżentelmena, który podejmuje decyzję zrobienia, według wielu pewnie, kroku wstecz. Jednakże ten krok jest dla niego czymś w rodzaju trampoliny ku uwolnieniu siebie. Wreszcie może odetchnąć i spojrzeć tak jak na wspomnianym w książce zdjęciu w galerii, odważnie i przed siebie. Życie bywa przewrotne, ale żyjąc w zgodzie z samym sobą jest na nie gotów.

Zabieg, który czyni z powieści retrospekcję pozwala spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Zdarzenia niepozorne często mają wpływ na podejmowane decyzje. Co za tym idzie, również na koleje życia i to się z nami będzie działo. Te wszystkie działania, rozwiane znajomości niosą ze sobą naukę i sprawiają, że stajemy się tym kim jesteśmy.

To nie jest opowiadanie dla panienek, uważny czytelnik odnajdzie tam to czego sam doświadcza, spostrzeżenia, których nie potrafi nazwać a kłębią się w jego umyśle. Znajdzie też pocieszenie. Autor opowiada poklepując po ramieniu. Mówi: „To nic, tak jest, każdy z nas to przeżywa.” Warto się pochylić na tą pozycją, nie dla umartwiania się i wspominek lecz dla siebie samych. Po to by uświadomić sobie, że idziemy w kierunku, którego celu być może jeszcze nie znamy, jednak kiedyś stanie się on dla nas widoczny. To co nas spotka po drodze pozwala na wzbogacenie siebie jako człowieka. Czas, relacje, ludzie, którzy przemijają… nie powinno to być obciążeniem a doświadczeniem. Korzystając z tego jak z lunety, w końcu dojrzymy to ku czemu podążamy.