Potrzebuję zbawienia?

Przypomina mi słowa Jezusa o zagubionej owieczce.

Tak krótką wymianę zdań i zarazem mnie również podsumował mój współpracownik. Rozmowa dotyczyła religii, bo przypałętał się temat komunii, na którą się niedługo wybieram.

Gwoli ścisłości, nie jestem ani zagubiona, ani nie jestem owieczką, ale zdążył uciec zanim mu to zakomunikowałam. I nie, nie potrzebuję zbawienia. Choć cała moja rodzina zdaje się myśleć w zupełnie odwrotnym kierunku niż ja.

Z biegiem lat wydaje mi się, że mam coraz mniej sprecyzowane poglądy, bo okazuje się, że nic nie jest czarno-białe. Jednak w przypadku religii sprawa ma się zupełnie inaczej. Wraz z upływem czasu jedynie utwierdzam się w przekonaniu, że dokonałam dobrego wyboru. Jestem osobą niewierzącą.

Wracając do owieczek zaczęło się kilka minut wcześniej.
– Jesteś religijny?
– Nie. Ty?
– Nie.
– A wychowałaś się w religijnej rodzinie?
– Tak. Jak większość w Polsce.

– Babcia się za mnie modli. Pewnie myśli, że pójdę do piekła.
– Co za różnica czy wierzysz czy nie? Powinno się liczyć to, że jesteś dobrym człowiekiem.

– Chciałabyś być czasem wierząca, żeby było Ci łatwiej?
– Nie, chciałabym żeby moja rodzina była niewierząca, wtedy wszystko byłoby prostsze.

– Powinnam kupić biblię w prezencie. Niedoczekanie.
– Może jest jakiś inny rodzaj biblii, bardziej racjonalny?
– Encyklopedia?

Osoba przysłuchująca się konwersacji od chwili, pyta:
– Będziesz matką chrzestną?
– Jestem. Od lat.
– Aha.
– Przepraszam, jesteś religijny?
– To co mówiłaś przypomina mi słowa Jezusa o zagubionej owieczce.
I spierdala, zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć.

Z jednej strony rozumiem. Dla osób silnie wierzących nie do przejścia jest fakt, że ktoś może w boga nie wierzyć. Jeszcze gorzej jeśli jest to bardzo bliska osoba, wtedy pojawia się świadomość, że skoro fakty mają się jak się mają, to nie spotkamy się po śmierci, bo ja pójdę do nieba, a ty, wiadomo, kotły czyścić. I tak już całkiem poważnie, pojawia się ogromny smutek i żal jednocześnie. Oczywiście względem ateisty, bo to on odrzuca wizję ślicznej łączki i życia wiecznego. Porzuca rodzinę. Porzuca bliskich. I nie, bo wyjeżdża gdzieś tam. Porzuca na wieczność, a tego nie da się odwrócić. Dlatego trochę rozumiem moją rodzinę.

Natomiast… W nosie mam kościoły i religie. Jest to temat rzeka i nie będę się rozwodzić nad nim godzinami. Nie ma nic po śmierci. Neurony przestają pracować, mózg też, człowiek przestaje istnieć. W to wierzę. W skrócie. Ale jestem kurwa dobrym człowiekiem i nie potrzebuję kazań jakiegoś gościa w czerni co i jak mam robić ani kiedy i jak mam klękać. Religia to wytwór. Jeśli chcesz w coś wierzyć, rób to, dopóki nie krzywdzisz innych jest luźno. I dopóki nikogo nie zmuszasz, żeby wierzył w to samo.

Słyszałam już, że muszę być strasznie smutna, skoro nie wierzę w życie po śmierci. Zawsze odpowiadam, że korzystam z tego co mam tu i teraz i nie liczę na kolejną szansę po śmierci. Życie jest jedno i może być wspaniałe. Małe rzeczy też są spoko. I strasznie smutnym człowiekiem trzeba być, żeby całe życie czekać na coś lepszego.

 

 

P.S. Tak. Nie było długo wpisów. Ale uprzedzałam. Raz będzie, raz nie będzie. Powoli wracam. 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s