Tu jest chwytliwy tytuł – o homonto i sebolach.

miys4py

Szwedzkie dzieci tańczą dookoła penisa! Ich rodzice tylko się przyglądają! – Taki właśnie powinien być tytuł ostatniego Skaniedziałku. Jeśli przegapiłeś – nie zwlekaj – to może Ci zaszkodzić! Doceniam sztukę tytułowania, ale takie nagłówki mnie odrzucają. Serio. Zawsze kiedy widzę pulsujący napis myślę, że o ile to nie reklama jakiegoś produktu na porost włosów pod pachami albo likwidację hemoroidów, to po prostu trzeba nabić licznik tekstowi, który inaczej nie ma szans się obronić, niczym Gołota w walce z Tysonem, który decyduje się na zdjęcie spodenek i wypięcie zada, licząc, że w ten sposób podwyższy punktację. I wcale nie twierdzę, że moje pisanie jest lepsze, twierdzę jedynie, że mam tyle wrodzonej godności i arystokratycznej dumy, że nie rzucam tytułami z poczytnych brukowców. Tych na F. i S. Nieważne! To wszystko jest nieważne! Wszyscy kiedyś umrzemy! A tymczasem, dopóki śmierć z tępą kosą nie stoi na progu, zapraszam na niestandardowy Skaniedziałek, pełen moich osobliwych wynurzeń i niepowiązanych uniesień na tle szwedzkiej rzeczywistości.

Dlaczego Szwed ma w lipcu przymusowy urlop? Ponieważ wtedy właśnie większość ludzi wyjeżdża na wakacje i firmy dosłownie zamykają podwoje na (zazwyczaj) miesiąc. Nie do pomyślenia w Polsce przeca. Twój biznes świadczy usługi np. IT. Wybija 1. lipca i dziękuję, do zobaczenia po wakacjach. Oczywiście ludzie są na to przygotowani i zdają sobie sprawę, że w okresie urlopowym zrealizowanie zaawansowanych projektów graniczy z cudem, co nie zmienia faktu,  że zdecydowana większość moich znajomych może obecnie tracić całe dnie na łapanie pokemonów, bo wolne!

Sytuacja jeszcze z okresu pracującego. Siedzę na stacji metra, godziny powrotu z zakładów pracy. I tu właśnie, w tymże miejscu muszę się pochwalić jaką cudną bluzę sobie sprawiłam. Czarna, kapturowana, z kolekcji Martyny Wojciechowskiej dla LifeStab. Najcieplejsza na świecie i cudownie zajebista. Dlaczego o niej mówię, a no dlatego, że na tyłach ma napisy. Dwie frazy w okręgu dookoła mapy świata, jedna po polsku. I tę właśnie w ojczystym języku czasem muszę (przyznaję) chować, chodząc plecami do ściany, kiedy wścibsko podsłuchuję rozmowy na dzielni. Wracając do historii. Siedzę na stacji metra, idą ziomale. Czterech chłopa i z daleka widzę słowiańskie twarze, już wiem, że Polacy. Tak to już jest, Polak na obczyźnie prawie zawsze rozpozna Polaka na obczyźnie. Prosta życiowa prawda. Maszerują ziomale raźnym krokiem. W miarę jak się zbliżają, potrafię rozróżnić słowa, bo przecież polskiej kurwy nie da się pomylić z niczym innym. Podjeżdża metro, wsiadamy, ja tyłem do ściany, wiadomo. I podsłuchuję.

Ziomale robią harmider. Najpierw słyszysz, potem widzisz. Zdążyłam już sklasyfikować ich jako Seboli. Jeden Seba bardziej wyróżnia się na tle stada, narwany, jakby kawy za dużo wypił i go ciśnie, ale nie wiem. Tupnął nogą w podłogę aż się zatrzęsła. Parę osób podskoczyło przerażonych, taki atak z zaskoczenia. Rozprawiają o robocie. Ale Seba Alfa znów tupie, tym razem kilka osób się ogląda na towarzystwo kiwając głowami z przekąsem. Między tym a trzecim tupnięciem ziomal peroruje. Nie będę cytować, strzeszczając: ubliża koledze. Dwóch pozostałych próbuje go delikatnie ustawić do pionu, że nie ma się czepiać. No i tu następuję wspomniane tąpnięcie. Jakaś pani zwraca mu uwagę, a Seba tylko się szczerzy i po polsku komentuje w kierunku ziomali wydumane preferencje seksualne danej pani. Po czym zaczyna ubliżać drugiemu koledze. Przysłuchując się zauważam pewną prawidłowość, ziomale jakby skazani na towarzystwo Alfy, są delikatnie wkurzeni i zauważalnie mniej niż on przeklinają, do tego mówią ciszej. Stacja docelowa, panowie stają przy drzwiach i w końcu jeden nie wytrzymuje. „Przez takie odzywki jak Twoje w Tunnelbannie ja, jako Polak, mam przerąbane!”. Dalsza konwersacja ginie w peronowym tłumie.

Przypominam sobie trudne początki towarzyskie po przyjeździe tutaj. Niby poznawałam ludzi. I niby się  z nimi spotykałam. Nie zrozumie tego nikt, kto tego nie doświadczył, jak trudno znaleźć w obcym kraju osobę tego samego pochodzenia, z którą można zamienić dwa zdania więcej niż „Co u Ciebie?” i „A moje dziecko w przedszkolu/szkole* ostatnio…”

*zbędne wykreślić

Zaprawdę powiadam Wam, trudno. A przynajmniej ja takiej znajomości potrzebowałam i łaknęłam. Poza wszystkim innym, łaknęłam tej spójności myśli kulturowej, dzięki której mówię: „Memory fajf. Siara. Wszystko jasne” i nic więcej dodawać nie muszę. Absolutnie, żeby nie być źle zrozumianą, nie wykluczam znajomości międzynarodowych, zresztą co by nie mówili, jestem nadal fanką, jakkolwiek to brzmi, multikulti. Wracając, trafiałam albo na imprezowe lale albo na matki z pieluchowym zapaleniem mózgu, z małymi wyjątkami. I z tego powodu zaczęłam zaczepiać ludzi w internecie, czego nie żałuję i w żaden sposób się nie wstydzę. To samo radzę wszystkim moim znajomym, którzy nie czują się dobrze w najbliższym towarzystwie lub po prostu szukają bratniej duszy. Czasem w promieniu 10 kilometrów, choć oko wykol, nie jesteśmy w stanie takiej zobaczyć. I wtedy z pomocą przychodzi internetowa luneta. Takie czasy, nie ma co biadolić, bo wychodzą z tego całkiem przyzwoite znajomości w realu.

Przyjaciele mi mówią „zmieniłaś się”. A ja odpowiadam „e-e”. Nie będę wychwalać pod niebiosa Wikingów. Fakt jednak pozostaje faktem, że tu naprawdę oceniają Cię za to jaki jesteś i co sobą reprezentujesz, a nie za to czy pracując w korpo masz niebieskie włosy. Odprawa na lotnisku a pani w spódnicy ołówek (wskazówka dla panów, to ta wąska, którą tak lubicie w fantazjach biurowych), koszuli z kołnierzykiem i ogólnie wyglancowana obsługuje terminal. Spod podwiniętej koszuli widać rękaw. Autentycznie tatuaż na całą łapkę, wydziarany z klasą. Nad kołnierzykiem delikatne smużki, zachodzi aż na kark. I ktoś ma z tym problem? Nie. Bo dziewczyna profesjonalnie obsługuje pasażerów, swoje obowiązki wykonuje dobrze. I kolejna ciekawostka, w Szwecji naprawdę sporo ludzi jest wytatuowanych.  Obsługujący kelner z czaszką na przedramieniu, ale pod krawatem, w pięciogwiazdkowej restauracji nikogo nie dziwi.

Tu wyluzowałam jeszcze bardziej i odkryłam, że to kim jesteś od zawsze jest w środku, gdzieś tam nieśmiało piszczy, nawet jeśli masz zarzucone na plery homonto. Tylko czeka, aż skończysz orać pole i odrzucisz ograniczenia. Nie mylić homonto z biustonoszem, niektóre cycki potrzebują rusztowania. Ale jak mawia moja przyjaciółka – „W lato stanika nie noszę, niech cyce też poczują, że są wakacje!”.

Dokonam delikatnej zapowiedzi, w przyszłym tygodniu będą zdjęcia!

Młody był niedawno w Londynie i przywlókł w ramach prezentu dla mnie, jako fanki Harrego Pottera, Fasolki wszystkich smaków. I tak rozkminiam, że nawet jeśli zeżarłam tę o smaku bagna, ale z uśmiechem sięgam po następną, mogę trafić na wiśniową. Możecie mnie cytować. Po każdej obrzydliwej fasoli zawsze przyjdzie czas na tę zajebistą. Pozytywnych Skaniedziałków i reszty tygodnia!

Peace!

 

Reklamy

6 uwag do wpisu “Tu jest chwytliwy tytuł – o homonto i sebolach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s